Inicio Rozmaitości Stolica spełnionych oczekiwań.

Stolica spełnionych oczekiwań.

Compartir

Madryt zachwycił, oczarował, rozkochał w sobie i zniknął po czterech dniach jak wspomnienie po smaku hiszpańskiego wina.

madryt

Powrót do rzeczywistości, w której wszyscy pragną śniegu, ciesząc się 5 stopniową temperaturą jest jak kubeł zimnej wody na głowę, pełną jeszcze wspomnień ze słonecznej, grudniowej Hiszpanii. Nocny spacer do hotelu wśród oświetlonych zabytków, śmiejących się śniadych twarzy i lekkiego powiewu madryckiego wiatru sprawiły, że moja walizka była jeszcze cięższa, bo szybko pakowałam do niej wszystkie wrażenia i wspomnienia, które za chwilę będą mi tak potrzebne żeby nie zachłysnąć się  polskim, ciężkim od oczekiwań i politycznych burz powietrzem.

Hostal Villar, mieszczący się w jednej z kamienic przy ruchliwej ulicy powitał nas tak samo serdecznie jak Pakistańczycy sprzedający na ulicy piwo i wodę. Na pierwsze piętro wspinaliśmy się spragnieni snu. Stary Hiszpan nie znał żadnego słowa po angielsku, mimo tego nie mieliśmy żadnego problemu z zameldowaniem się, a może tak mi się tylko wydawało, bo prawie zasypiałam na skórzanej kanapie w holu.

Pierwszy prawdziwy dzień w Madrycie raczej usłyszałam, niż zobaczyłam. Wszystko przez tubylców i turystów, którzy już o 10.00 bardzo się gdzieś spieszyli. Jak się później dowiedziałam, biegali w poszukiwaniu szczęścia, w bożonarodzeniowej loterii “El Gordo”.  Kiedy Kuba wyrusza sam, zostawiając mnie śpiącą, nie mam się czego obawiać, bo zawsze wróci z czymś bardzo ciekawym lub niespodzianką. Tym razem niespodzianką było to, że sam zjadł śniadanie w kawiarni, a czymś ciekawym mapa Madrytu. Jak kapitan i jego majtek studiowaliśmy mapę, błądząc po morzu zabytków, co jakiś czas zaznaczając ołówkiem co warto zobaczyć. W Madrycie warto zobaczyć wszystko. Mnie najbardziej interesowały tradycyjne potrawy i to, co widziałam za oknem, czyli upragnione słońce, dlatego szybko zjadłam zapasy przywiezione z Polski i wyruszyliśmy w stronę oficjalnej rezydencji Króla Hiszpani.

Mój aparat uwielbia robić zdjęcia wszystkim i wszystkiemu, co uważa za słuszne i godne uwagi. Ciągle słyszę jego błagalne pstrykanie, kiedy tylko zauważymy fartuch z emblematem Realu Madryt, polskie książki na bazarku, czy skórzany pas z czasów pamiętających chyba hiszpańskich barbarzyńców.

Wśród moich ciągłych zachwytów, słońca, które istniało naprawdę, (a nie jak o tej porze w Polsce tylko jako legenda), zapachu kawy i dźwięków akordeonu dotarliśmy do Zamku. Gdybym wstała wcześniej – co jednak po krótkim namyśle usprawiedliwiłam męczącą podróżą- zdążyłabym zobaczyć księżniczkę Hiszpanii, a nie tylko jej plecy, ukryte za jeszcze większymi plecami ochroniarzy. Sympatyczni policjanci wskazali nam, gdzie się kierować, żeby zwiedzić Zamek. Mój wrodzony spryt, oraz wyssana z mlekiem matki skłonność do oszczędzania pozwoliły nam zwiedzić ten złoty cud zupełnie za darmo. W moich notatkach widniały bowiem podkreślone słowa : środa- zwiedzanie zamku za darmo!!  Była więc środa, a my byliśmy mieszkańcami Europy. Gdybym na moje nieszczęście urodziła się w Angoli, lub w Meksyku na nic by się zdał mój spryt i skrzętnie sporządzone notatki. Taki los spotkał turystę z Maroko, który nie mógł wejść, razem z europejskim tłumem, żądnym widoku zamkowych sal. Hiszpanie nie są chyba zbyt przychylnie nastawieni do innych części świata.

Dwie godziny później po zwiedzeniu katedry Almudena i Zamku wreszcie czas na kawiarnię. Kawiarnie mają swój niepowtarzalny, nieporównywalny z żadnym innymi miejscem urok. Ale tylko takie, które mają swoje dusze, swoją historię. Kawiarniane molochy nie mają serca, a tym bardziej duszy. Nasza kawiarnia miała w sobie wszystkie elementy, które miałaby spełnić gdyby startowała w konkursie na taką z prawdziwego zdarzenia. Dwie filiżanki herbaty, jedno piwo, 20 stron książki i kilka stron wrażeń w zeszycie później daliśmy się ponieść tłumowi na Plaza Mayor, który obok Puerta del Sol jest jednym z najbardziej znanych placów w Madrycie. Tłum oznacza, że coś się dzieje, zbiegowisko, zgromadzone wokół czegoś oznacza, że dzieje się coś ciekawego. Tym czymś był występ lokalnego żonglera, który wprawił w osłupienie nie tylko najmłodsze dzieci. Oświetlona karuzela, sprzedawany w małym sklepikach mech i ozdoby świąteczne tworzyły naprawdę niesamowity klimat. Ale te święta były inne, egzotyczne, spokojne.

Na tradycyjną hiszpańską paellę nie trzeba było nas długo namawiać. Jedna na pół nam wystarczy? Oczywiście, przecież jesteśmy turystami, musi nam wystarczyć. Wino, paella, pieczywo i przystawki sprawiły, że już wtedy kompletnie oszalałam na punkcie Madrytu. Wieczorny spacer, do hotelu i krótka drzemka dodały nam sił na odwiedzenie pubu, którego właścicielem był Polak. Sami swoi. Nie zdążyliśmy obejrzeć  całego meczu, w którym grał Real z Ajaxem. Może dobrze się złożyło, że obejrzeliśmy ostatnie 20 minut, bo Kuba zbyt żywiołowo reagował na to, co działo się na boisku, kiedy bramkę Realu atakowali zawodnicy Ajaxu. Zbyt dużo kibiców lokalnej drużyny w tym wypadku nie napawał radością. Powrót do hotelu był lekcją asertywności w stosunku do ludzi roznoszących ulotki, zaproszenia i sprzedających pamiątki czy napoje. Dzielnie się broniąc doszliśmy na nasza ulicę a kładąc się spać wciąż miałam w głowie wspomnienia z pierwszego hiszpańskiego dnia.

Katarzyna Zarówna.

Źródło inormacji: http://www.polarityinternational.com/