Inicio Aktualności Wywiad z Andrzejem Dworskim wydawcą redaktorem Biuletynu POLONIA.

Wywiad z Andrzejem Dworskim wydawcą redaktorem Biuletynu POLONIA.

Compartir

Andrzej Dworski był wydawcą i redaktorem (wspólnie z żoną Danutą) Biuletynu POLONIA, miesięcznika wydawanego w latach 1993-1996. W tym czasie był również korespondentem sportowym pism krajowych.

HITACHI HDC-1491E

Urodził się w 1956 r. w Bydgoszczy. Jest absolwentem Technikum Chemicznego w rodzinnym mieście i AWF w Poznaniu. Był członkiem szerokiej kadry narodowej w maratonie przed Olimpiadą w Moskwie, później nauczycielem i trenerem m.in. Andrzeja Bronczyka i Piotra Nowaka, reprezentantów Polski w piłce nożnej. W roku 1981 był pracownikiem Zarządu Regionu Bydgoskiego NSZZ Solidarność. W stanie wojennym przez trzy miesiące był przetrzymywany w miejscu odosobnienia. W Hiszpanii mieszka od 1989 roku.

Jego żona Danuta urodziła się w 1956 r. w Bydgoszczy. Jest nauczycielką, absolwentką Technikum Chemicznego w Bydgoszczy i studiów pedagogicznych. W stanie wojennym, w okresie ferii, była nauczycielką i opiekunką na koloniach dla dzieci osób internowanych, przetrzymywanych lub zwolnionych z pracy.

Córka Andrzeja i Danuty, Agnieszka, urodziła się w 1979 r. w Bydgoszczy. Jest absolwentką uniwersytetów w Madrycie i Londynie i tłumaczką języka angielskiego, hiszpańskiego i polskiego. Mieszka w Anglii.

O Biuletynie Polonia z Andrzejem Dworskim, wydawcą i redaktorem czasopisma rozmawia prof. Grzegorz Bąk z Uniwersytetu Complutense w Madrycie.

Jakie były początki biuletynu Polonia?

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że postanowiłem wyjechać z Polski w 1989 r. Nie byłem zwolennikiem rozmów w Magdalence i przy okrągłym stole, nie podobał mi się kompromis zawarty przez część opozycji z przedstawicielami władz komunistycznych. Moim zdaniem, negatywne skutki tego kompromisu, mimo pewnych pozytywów, ponosimy do dzisiaj.

Na początku lat dziewięćdziesiątych kościół (pw. św. Marcina) na ulicy Desengaño nr 26 był jedynym miejscem, w którym spotykali się madryccy Polacy. Kapelanem ówczesnej Polonii był ksiądz Stanisław Wójcik (klaretyn), prawdziwy polski patriota.

W 1993 roku wpadł mi do głowy pomysł, aby spróbować połączyć dawną Polonię, tę powojenną z nową i zacząć wydawać czasopismo. Paradoksalnie początki były łatwe, a to z prostej przyczyny. Wystarczyło mieć trochę funduszy na otwarcie redakcji oraz papier i maszynę do pisania (o komputerze można było wtedy tylko pomarzyć). Stara maszyna do pisania, którą udało nam się zdobyć, była wystarczającym narzędziem pracy.

Ks. Stanisław Wójcik był zachwycony moim pomysłem i od pierwszej chwili mnie popierał i propagował nasz biuletyn. Po wyjeździe księdza Wójcika do rozwoju pisma przyczynił się ksiądz Tomasz Porzycki (chrystusowiec) z Alcalá de Henares, zaangażowany całkowicie w propagowanie i kolportaż biuletynu. Biuletyn Polonia zaczął wychodzić w kwietniu 1993 roku, a ostatni numer ukazał się w grudniu 1996 roku. Tak więc, w sumie ukazało się tylko 40 numerów. Był to miesięcznik, który traktował o sprawach historycznych związanych z tutejszą Polonią i o aktualnościach nowej polskiej emigracji. Stronę tytułową zaprojektował wspólnie ze mną Krzysztof Boroń, tutejszy grafik (miał komputer i na tyle był uczynny, że mi pomógł). Strona tytułowa pozostała bez zmian do ostatniego numeru naszego pisma. Na początku Polonia miała niewiele stron, pierwszy numer liczył 8, ale w miarę zainteresowania i materiałów, które przybywały doszliśmy z czasem do 24 stron. Nakład również wzrastał, dochodząc do 200 egzemplarzy miesięcznie. Jakby na to nie patrzeć, byla to prosta manufaktura. Z czasem proszono nas o pojedyncze egzemplarze, niemalże z całej Hiszpanii.

Kim byli współpracownicy i czytelnicy czasopisma? Jaką rolę odegrało ono w integracji madryckiej Polonii?

W tamtym okresie hiszpańska Polonia była nieliczna i niezintegrowana. Właśnie dzięki biuletynowi ludzie zaczęli się łączyć i np. omawiać artykuły na spotkaniach po mszy świętej w salkach kościoła, gdzie dawna Polonia spotykała się z nowym emigracyjnym pokoleniem, tworząc w ten sposób zaczatek większego środowiska polonijnego.

W każdym numerze były różne działy, a jednym z głównych był zwykle wywiad z jakąś ciekawą, ważną, interesującą osobą, związaną ze środowiskiem polonijnym w Hiszpanii. Tych wywiadów było naprawdę sporo. Jednym z ciekawszych przez nas opublikowanych był wywiad z Radosławem Sikorskim, którego odwiedziliśmy w jego domu w Chobielinie w 1995 roku. Nie piastował wówczas żadnego stanowiska, a wcześniej był wiceministrem obrony narodowej. Radosława Sikorskiego poznałem jednak w zupełnie innej epoce. Przed stanem wojennym, jako pracownik Zarządu Regionu Bydgoskiego NSZZ Solidarność, miałem kontakt m.in. z uczniami bydgoskich szkół średnich, ktorym przekazywalem różne materialy, pakiety broszur, ulotek, gazetek. Pamiętam, że jednym z najaktywniejszych licealistów był właśnie Radek Sikorski, a to wymagało wówczas niemałej odwagi cywilnej.

Podczas redagowania Polonii mieliśmy stały kontakt z Joanną i Lechem Piekutowskimi, którzy m.in. organizowali w swoim domu spotkania kolędowe. Mówię między innymi, bo ich działalność była szersza i taka jest do dzisiaj. To jest chyba czołowe polskie małżeństwo wsród madryckiej Polonii i chwała im za ich wkład w życie naszej społeczności.

Pragnę wymienić autorów, którzy współpracowali z naszym biuletynem. Naszą stałą współpracowniczką była Danuta Zasada, autorka cyklu artykułów „Wędrówki po Hiszpanii” (to były piękne opisy ciekawych miejsc w Hiszpanii). Współpracowali również z nami: Irena Ochlewska, która jest przewodnikiem po Toledo i mieszkanką tego miasta i Jerzy Górzański, pisarz, poeta i felietonista. Trzeba wspomnieć również o Henryku Zieniewiczu, uznanym ekonomiście i poliglocie zamieszkałym w Madrycie, który napisał kilka fachowych artykułów o Unii Europejskiej. Wyjątkowo ciekawą postacią była pani profesor Gabriela Makowiecka, z którą spotykaliśmy się wielokrotnie i zawsze były to pasjonujace spotkania. Pani profesor była studnią wiedzy o literaturze i historii Polski i Hiszpanii. Od samego początku bardzo aktywnie współpracował z nami profesor Piotr Sawicki z Uniwersytetu Wrocławskiego. Kolejną osobą, która od pierwszej chwili zaangażowała sie i publikowała u nas, był nasz nadworny poeta Jerzy Radłowski. Wyjątkowo twórczy, dowcipny i trafnie opisujący środowisko polskie w Madrycie, często nawiązujący do historii. Chciałbym również przypomnieć Tadeusza Malinowskiego, z Oviedo, który często z nami korespondował. Wcześniej odegrał bardzo ważną rolę w środowisku studentów polskich, stypendystów „Obra Católica de Asistencia Universitaria”.

Spośród osób, które z nami współpracowały, chcę jeszcze wymienić profesora Fernanda Presę i profesor Agnieszkę Matyjaszczyk, wszechstronnych wykładowców języka i literatury polskiej na Uniwersytecie Complutense w Madrycie. Naszym współpracownikiem był także Jarosław Bielski, reżyser, dyrektor i aktor Teatru Replika. Przez cały czas naszej działalności aktywnie współpracował z nami Piotr Potocki Radziwiłł. Muszę rownież podkreslić wkład dwóch Polonusow: Kazimierza Tylki (krakowianina, pracownika Radia Hiszpańskiego, działacza sportowego) i Mirosława Sokołowskiego (bydgoszczanina, kardiologa, rzeźbiarza i malarza). Obaj po wojennej tułaczce osiedli w Madrycie.

Pismo jako takie było wycinkiem działalności polonijnej. Wokół pisma rodziło się wiele różnych inicjatyw, których byliśmy świadkami i współorganizatorami. O tych faktach pisaliśmy w biuletynie. Wówczas nie zawsze zdawaliśmy sobie sprawę z ich wagi i znaczenia. Teraz, po latach, widać jak ważne to były inicjatywy i działania. Większość środowiska polskiego łączyła się wokół naszego pisma. Myślę, że z perspektywy czasu mogę powiedzieć, iż była to zasługa moja i mojej żony, że pismo połączyło różne pokolenia hiszpańskiej Polonii.

Wiem, że aktywnie uczestniczył Pan w wielu polonijnych inicjatywach pierwszej połowy lat dziwięćdziesiątych? Jakie to były inicjatywy?

Wspominam z satysfakcjł organizowanie piątkowych spotkań w domu mody Linkaya, Karoliny Babeckiej. Popularna Linka, jako osoba aktywna, zaproponowała mi organizowanie spotkań Polaków mieszkających w Hiszpanii. Chciała poznać osoby z najnowszej Polonii. I tak się to zaczęło. Linka udostępniła swój lokal, a ja wymyśliłem formułę. Połowę gości stanowili starzy Polonusi, a drugą połowę ciekawi przedstawiciele młodszego pokolenia, którzy mieszkali na stałe w Madrycie bądź byli tu tylko przejazdem. Przez dwa lata spotkań w lokalu Linkaya wzięło w nich udział ponad 200 osób. Jestem do dzisiaj z tego dumny, to był strzał dziesiątkę. Jeden przypadek jest tak wyjątkowy, że aż nieprawdopodobny. Było to spotkanie poświęcone Somosierze. Zaprosiłem na nie księdza José Medinę, proboszcza z Somosierry, przyjaciela Polaków, przebywajacego gościnnie w Madrycie i   Feliksa Niegolewskiego (potomka Andrzeja Niegolewskiego, bohatera bitwy pod Somosierrą) ze Szczecina. Na spotkaniu był też obecny Mirosław Sokołowski, znany ze swojej twórczości batalistycznej. Przyszły więc trzy osoby w pewien sposób związane z Somosierrą: José Medina, Feliks Niegolewski i Mirosław Sokołowski. Kiedy Miroslaw Sokołowski zaczął rozmawiać z Feliksem Niegolewskim o przedwojennych wakacjach, okazało się, że wuj Sokołowskiego był zarządcą folwarku Niegolewo, gdzie Feliks i Mirosław spędzali wakacje. Okazało się również, że obaj panowie doskonale pamiętali o czym wtedy, pół wieku wcześniej, rozmawiali.

Wspominając Linkę Babeckę, chciałbym jeszcze przypomnieć o organizowanych przez nią pokazach mody, w których uczestniczyło wielu przedstawicieli hiszpańskich elit, a wśród nich członkowie hiszpańskiej rodziny królewskiej. Ja miałem przyjemność uwieczniać te pokazy światowych nowości w dziedzinie mody jako fotograf poproszony o to przez Karolinę. Przy okazji organizowania piątkowych spotkań, wpadałem na chwilę do niej w różnych sprawach i kilka razy miałem okazję spotkać tam infantkę Margaritę, siostrę króla Hiszpanii Juana Carlosa. Karolinę i Margaritę łączyła bliska przyjaźń. Możliwość rozmowy z infantką Małgorzatą była dla mnie prawdziwa przyjemnością. Margaricie, osobie bardzo towarzyskiej, spodobały się polskie dowcipy, które z przyjemnością jej opowiadałem.

W czasie wydawania pisma poznaliśmy wiele interesujących osób i byliśmy świadkami wielu ciekawych wydarzeń, m.in. odsłonięcia tablicy pamiątkowej poświeconej bitwie pod Somosoerrą. Wspomniany ksiądz José Medina był niezwykle zaangażowany w organizację tej uroczystosci. W swoim domu parafialnym urządził ekspozycję na temat Somosierry i samej bitwy.

Później współpracowaliśmy ze stowarzyszeniem Orzeł Biały, które działało w Alcalá de Henares. Było to bardzo prężne i wtedy chyba jedyne takie stowarzyszenie polonijne w Hiszpanii. Członkowie tej organizacji byli wyjątkowo aktywni i chwała im za to.

Jedną z ciekawszych inicjatyw, której dopingowaliśmy i w której na bieżąco uczestniczyliśmy, było otwarcie Domu Polskiego w Alcalá de Henares. Alcalá de Henares ze względu na liczbę i aktywność Polaków była wówczas swojego rodzaju ich stolicą. Dom Polski to bardzo ciekawa inicjatywa księdza chrystusowca Tomasza Porzyckiego i stowarzyszenia Orzeł Biały. W tym celu wynajęto dom jednorodzinny i wyremontowano go wspólnymi siłami. Inauguracja miała charakter niezwykle uroczysty. Niestety, ta cenna inicjatywa nie trwała zbyt długo…

W latach dziewięćdziesiątych było kilka miejsc, w których spotykała się madrycka Polonia. Takim miejscem była oczywiście Capelanía (tzn. Polska Misja Katolicka) i wspomniany już dom mody Linki Babeckiej. Polacy spotykali się również w gościnnych domach: państwa Joanny u Lecha Piekutowskich, państwa Grażyny i Lecha Łyczywków, państwa Anny i Wojciecha Żeromskich i oczywiście, w naszym domu, czyli w redakcji pisma.

Podczas tych prawie czterech lat poznaliśmy wielu ciekawych ludzi m.in. gościliśmy w naszej redakcji arcybiskupa Szczepana Wesołego i ministra sportu RP Stefana Paszczyka, którego osobiście znałem jeszcze przed wyjazdem do Hiszpanii, ponieważ był znanym trenerem i działaczem spotowym. Ze „starych Polonusów” należy wymienić przede wszystkim Gabrielę Makowiecką, rodzeństwo Karolinę i Andrzeja Babeckich, Kazimierza Tylkę, Mirosława Sokołowskiego, Stanisława Serdakowskiego, Tadeusza Malinowskiego, Jerzego Radlowskiego, Piotra Potockiego….

W czasie wydawania pisma jeździliśmy również do górników polskich, którzy pracowali w Asturii. Razem z chrystusowcem księdzem Sławomirem Klimem zjechaliśmy nawet szybem do kopalni, aby zrobić reportaż na żywo pod ziemią. Należy też powiedzieć o pani Marii Dąbrowskiej, sybiraczce, która publikowała w czasie stanu wojennego wspomnienia i udzieliła nam wywiadu. Zrobiliśmy również przedruk jej wspomnień, tragicznych i wspaniale napisanych. Suplement ten do biuletynu sfinansowli Jadwiga i Roman Koseccy. Ponadto zredagowałem rozdział ważnej publikacji książkowej, Akcja niepodległościowa na terenie międzynarodowym[1], o który poprosiło mnie Polskie Towarzystwo Naukowe na Obczyźnie w Londynie. Chodziło o opisanie dziejów polskiego uchodźstwa niepodległościowego w latach 1945-1990. Zredagowalem rozdział poświęcony Hiszpanii.

Wróćmy do biuletynu Polonia. Jak wyglądała praca nad czasopismem od strony organizacyjnej i technicznej?

Jeżeli chodzi o sprawy organizacyjne, to muszę przypomnieć, że pismo było rodzajem manufaktury.

Po szacie graficznej widać stopniowy, aczkolwiek niewielki postep.

Początkowo pisaliśmy artykuły na maszynie, potem wycinaliśmy karteczki, naklejaliśmy na strony i robiliśmy kserokopie. Następnie składaliśmy strony i łączyliśmy spinaczami. Był to prymitywny sposób, ale ważniejsza przecież była treść niż forma. Zresztą na inna formę nie było nas stać.

Po roku wydawania pisma Polonia, Lech Łyczywek, dyrektor Polsteamu, zaoferował nam pomoc i udostępnił firmową fotokopiarkę wraz z papierem i tonerem. Była to wielka pomoc i duża ulga finansowa. Mogłem robić tyle kopii, ile chciałem i potrzebowałem. Dzięki temu zwiększyłem nakład i ilość stron. Ostatnie 25 numerów były składane w siedzibie Polsteamu dzięki uprzejmości Lecha Łyczywka. Składanie pisma odkładaliśmy do ostatniej chwili (dwa dni przed kolportażem) z tego względu, ze chcieliśmy opublikować jak najwięcej aktualnych informacji.

Jak wyglądała nasza praca? Jeździliśmy tam, gdzie coś ważnego się działo, opisywaliśmy wydarzenia, robiliśmy zdjęcia, a dwie ostatnie noce z żoną Danutą i naszą córką Agnieszką składaliśmy pismo. Po pewnym czasie mieliśmy już do dyspozycji komputer, więc składanie biuletynu było prostsze, czcionka i szata graficzna ładniejsze.

Pismo zaprzestaliśmy wydawać po 40 miesiącach, upadło ze względów finansowych. Po prostu nie pokrywało nawet kosztów wydania. Jednak ten wysiłek, z którego jesteśmy dumni, nie poszedł na marne. Nie było nas stać, żeby dokładać do biuletynu, a życie biegło swoim nurtem. Po latach odczuwamy jednak głęboką satysfakcję i radość z poznania wielu ciekawych osób.

Jak z perspektywy kilkunastu lat postrzega Pan biuletyn Polonia i jego znaczenie dla Polaków w Hiszpanii?

Myślę, że teraz widać, jak ważna była nasza praca. Biuletyn zbliżył „dawną” i „nową” Polonię. Na stronach naszego czasopisma poruszaliśmy tematy historyczne i współczesne. Większosc naszych współpracowników i bohaterów artykułów już nie żyje.

Trzeba podkreślić jedną ważną rzecz. Pismo zaczęliśmy wydawać w 1993 roku, kiedy nie mieliśmy do dyspozycji takiej techniki, jaką mamy teraz, co może trochę usprawiedliwiać nasze niedociągnięcia, mam na myśli np. jakość strony graficznej. Biuletyn był zarejestrowany i miał swój numer „depósito legal”. Myślę, że w sensie merytorycznym Polonia była ważną publikacją w naszym środowisku.

Opublikowaliśmy np. szereg artykułów na temat Radia Madryt (tzn. Audycji Polskiej Radia Hiszpańskiego), w którym pracowali: Andrzej i Karolina Babeccy, Kazimierz Tylko, Mirosław Sokołowski. Z drugiej strony, żeby przyciągnąć młodych czytelników dużo pisałem o sporcie. Byłem wyczynowym sportowcem i pisanie o tym sprawiało mi przyjemność. Poza tym, jako hiszpański korespondent polskich czasopism sportowych, wykorzystywałem niektóre materiały i wysyłałem je do Polski. Przeprowadzilem wówczas wywiady m.in. z Hugo Sanchezem, Roberto Carlosem, Michaelem Laudrupem, Małgorzatą Dydek. Najbardziej utkwiło mi w pamięci spotkanie z Di Stefano. Przyjął mnie w gabinecie prezydenta Realu Madryt. Rozmowa nie ograniczyła się tylko do wywiadu. Nasłuchałem się wielu ciekawych opowieści. Odniosłem wrażenie, ze don Di Stefano darzy Polskę dużym szacunkiem.

Niestety, w tamtych latach nie otrzymaliśmy żadnego wsparcia ze strony Ambasady RP ani ze strony innych instytucji w kraju. Ten brak wsparcia był dla nas bolesny.

Po przyjeździe do Hiszpanii, wspólnie z żoną Danutą, odczuwaliśmy pewną pustkę, dlatego chcieliśmy coś zrobić i zaczęliśmy redagować biuletyn. Dzisiaj odczuwamy wielką satysfakcję, bo w toku naszej pracy poznaliśmy ciekawych ludzi, byliśmy blisko historii tej wspomnieniowej i tej współczesnej.

Myślę, że moja przyjaźń z Linką i Andrzejem Babeckimi, Kazkiem Tylką, Miro Sokołowskim, Jurkiem Radłowskim, Stanislawem Serdakowskim i Piotrem Potockim to wielki przywilej.

Na koniec zapytam jeszcze o wątek osobisty ze stanu wojennego.

Przed stanem wojennym (13 grudnia 1981 r.) byłem szeregowym pracownikiem Zarządu Regionu Bydgoskiego NSZZ Solidarność. Był to jeden z najprężniejszych regionów związku w Polsce. Przy okazji, zawsze podkreślam, szczególnie Hiszpanom, że Solidarność to był przede wszystkim wielomilionowy, ogólnonarodowy ruch społeczny. Związki zawodowe były tylko pretekstem w drodze do obalenia komunizmu.

W Zarządzie nie pracowałem, lecz działałem (miałem umową o pracę). Byłem portierem, telefonistą, drukarzem, kolporterem, kierowcą, w wielu sytuacjach zapewniałem ochronę…..

Po ogłoszeniu stanu wojennego nie kwalifikowałem się do internowania, lecz smutni panowie zabrali mnie rzekomo do wojska. Znalazłem sie z grupą działaczy zakładowych w nieznanym miejscu. Miałem szczęście, bo grupę po kilku dniach rozdzielono i znalazłem sie na strychu w Wojewódzkiej Komendzie Uzupełnień w Bydgoszczy.

Nasze rodziny nic o nas nie wiedziały. Jednak tuż przed świętami Bożego Narodzenia udało mi się wydostać z budynku. Przebiegłem kilkanaście kilometrów, biegnąc wzdłuż lotniska wojskowego, zgodnie z przysłowiem, że najciemniej jest pod latarnią. Udało mi się spotkać z moją rodziną, córka miała wtedy dwa lata. Poza tym, przekazałem informację o losie przetrzymywanych w WKU ich rodzinom w Bydgoszczy. Nigdy nie zapomnę chwil płaczu i emocji tych osób. O umówionej godzinie wróciłem do WKU. Te kilometry przebiegnięte w mrozie i śniegu były najbardziej gorącymi w moim życiu.

Panie Andrzeju, dziękując za rozmowę, chciałbym również podziękować Panu i Pana rodzinie (żonie Danucie i córce Agnieszce). Biuletyn Polonia i cała wasza praca wokół tego czasopisma to naprawdę ważny rozdział historii hiszpańskiej Polonii. Myślę, że mogę podziękować nie tylko w swoim imieniu, ale w imieniu wielu Polaków, którzy byli czytelnikami pisma lub uczestnikami wydarzeń tak pięknie opisywanych na jego stronach.

Luty 2015r. Alcalá de Henares / Madrid /.

[1] Dworski Andrzej: „Hiszpania”,w: Piesakowski Tomasz (red.): Akcja niepodległościowa na terenie międzynarodowym, str. 342-354, Polskie Towarzystwo Naukowe na Obczyźnie, Londyn, 1999.